Wesele w Dworku nad Rozlewiskiem – Natalia i Michał
Nie chcemy Was zanudzać pisaniem o pogodzie, ale nie sposób nie wspomnieć o tym, że upał chyba naprawdę bardzo nas polubił. Ba! On się do nas mocno przywiązał.
Mamy niebywałe „szczęście” do fotografowania, kiedy żar leje się z nieba. Tak też – znów! – było w dniu ślubu Natalii i Michała. Gorąca aura i równie gorąca atmosfera na weselu – w sumie można powiedzieć, że wszystko do siebie pasowało. Przygotowania i wesele odbyły się w Dworku nad Rozlewiskiem. Trzeba przyznać, że w temacie lokalizacji właściciele naprawdę się popisali. Sąsiedztwo lasów, jezior i Pustyni Błędowskiej robi wrażenie. Cisza, spokój, wszechobecna zieleń, z dala od wielkomiejskiego zgiełku – kto by pomyślał, że nadal byliśmy na Śląsku… – a jednak. Klimat chyba bardzo udzielił się Natalii i Michałowi. Tylko spójrzcie, jaki spokój mieli na twarzach zanim ruszyli do kościoła. Ceremonia odbyła się w naszej ulubionej parafii św. Jana Kantego w Jaworznie – Niedzieliskach. Najlepsi księża w mieście. Te mury chyba są za małe, żeby pomieścić ogrom serca jaki mają. Polecamy każdemu, bo na ślubie łezka kręciła się w oku, ale niekoniecznie jedyne ze wzruszenia :).
Motyw przewodni – kolor miętowy
Po wszystkim jak już wspomnieliśmy, ruszyliśmy prosto na wesele do dworku. Teraz słów kilka o punkcie programu, a mianowicie – wszechobecnym miętowym kolorze. Bo i miętowe były kokardy w kościele, miętowe buty Natalii, miętowa sukienka dziewczynki podającej obrączki, miętowa szarfa na wiązance ślubnej, miętowe kokardy na krzesłach, miętowe serwetki na stołach i nawet rower, który stał przed salą był…(zaskoczenie) – miętowy. Czy przez to Natalia i Michał chcieli pokazać, że czują do siebie miętę? Hmmm… tak czy inaczej trzeba przyznać, że zachowali konsekwencję i wyszło im to super. Dworkowe wnętrza i pięknie nakryte stoły (oczywiście z miętowymi akcentami) sprzyjały biesiadowaniu, ale Natalia i Michał nie pozwolili długo za nimi usiedzieć. Imprezę otwarli widowiskowo pierwszym tańcem, gdzie Natalia fruwała pod sufitem, więc goście musieli nadążyć i nie zostać w tyle. Machina ruszyła a team Fire Music – to te wariaty w żółtych szelkach – dokładali tylko pieca. Szaleństwo bije im z oczu i takie właśnie było wesele. Sami zobaczcie te dzikie pląsy…i tak do rana!
